Motywujący wywiad z Karoliną

Nic nie działa na mnie bardziej motywująco niż historie ludzi, którzy osiągnęli sukces. Jedną z takich osób jest Karolina. Dzięki zdrowej diecie i zmianie nawyków żywieniowych udało jej się schudnąć 25 kg i co najważniejsze – utrzymać wagę. A mi udało się namówić ją do udzielenia wywiadu, w którym dzieli się swoimi sposobami na poprawę zdrowia i sylwetki.

Zapraszam do przeczytania, jednak najpierw zobaczcie co można osiągnąć dzięki odpowiedniej motywacji i sile woli.

Co zmotywowało Cię do podjęcia decyzji o odchudzaniu? Z tego co wyczytałam, to masz kochającego męża, który akceptował Cię całkowicie, jesteś kobietą spełnioną, bez kompleksów…

Odchudzałam się przez całe swoje dorosłe życie, a właściwie, tak mi się wydawało. Raz szło lepiej, raz gorzej, ale przeważnie po około tygodniu „diety” poddawałam się. Nie widziałam efektów, a jedzenie owsianki i wafli ryżowych po kilku dniach doprowadzało mnie do rozstroju nerwowego. Za nic w świecie nie mogłam zmusić się do ćwiczeń. Na zajęcia grupowe wstydziłam się zapisać, a w domu zawsze znajdowałam wymówkę, a to za zimno, a to za późno… W głębi duszy chyba nie wierzyłam, że potrafię się zmienić. Dopiero zdjęcia znalezione na jednym z portali internetowych uświadomiły mi, że spadek wagi, to nie będzie dar niebios, a trzeba na niego zapracować ciężką i systematyczną pracą. Na tych zdjęciach były rzeczywiste kobiety piszące pamiętniki odchudzania, które nie poddawały swoich fotografii zabiegom rodem z Photoshopa, tylko pokazywały jak wyglądały „przed” i „po”. A we mnie kiełkowała nadzieja, że tym razem się uda, skoro one potrafiły, to ja też zdobędę siłę na walkę.

A jak to się stało, że tak mocno przybrałaś na wadze?

Od urodzenia byłam dużym dzieckiem (ważyłam ponad 4 kg). W szkole zawsze wyróżniałam się spośród innych dzieci swoją tuszą. Na bilansie 10-latka lekarz powiedział do mojej mamy „Proszę ją odchudzić…”, ale matczyne serce nie potrafiło odmówić mi wafelków, czekolady czy dokładki pierogów. W szkole notorycznie udawałam bóle brzucha na lekcjach wf-u, ponieważ komentarze dzieci, że jestem szersza niż bramka lub że przeze mnie przegrali, bo nie umiem szybko biegać, były nie do zniesienia. W liceum i na studiach licencjackich przynosiłam zwolnienie lekarskie z wf-u i ten wolny czas spędzałam z koleżankami w pizzerii lub na lodach. Gdy poznawałam swojego męża, byłam na II roku studiów i ważyłam ok. 75 kg, czyli za dużo. Zakochanie, adoracje i wszechogarniające szczęście powodowało jednak, że czułam się wyśmienicie. Zaczęłam pozwalać sobie na więcej, na wieczorne jedzenie, na kolorowe drinki, na całą górę słodyczy zjadaną do wieczornego filmu. Daniel zainspirował mnie do przejścia na wegetarianizm, choć nigdy nie krytykował tego, że jem mięso. Imponował mi tym, że potrafi rezygnować z własnych przyjemności dla wyższego dobra, a jednocześnie jest taki nietuzinkowy i „inny”. Postanowiłam spróbować. Nie wiedziałam jednak co i jak jeść, wiedziałam tylko, że nie chcę mięsa. W taki oto sposób do naszego menu zagościły kupowane pierogi, makarony z gotowym sosem ze słoika, kopytka, placki ziemniaczane, smażony ser, frytki oraz pizza „wegetariańska”, a do tego cała gama słodyczy, słodzonych napojów oraz chipsów. W szybkim czasie dobiłam do 88 kg. Dołączając totalny brak ruchu, mój stan zarówno fizyczny jak i psychiczny zaczął się pogarszać. Stałam się ociężała, bez energii, nie chciałam wychodzić z domu. Moje życie zaczął ogarniać marazm i niezadowolenie, a ja na pocieszenie jadłam kolejną czekoladkę i popijałam „dietetyczną” colą light, dla uspokojenia sumienia.

Gdybyś miała wymienić 3 najważniejsze rzeczy, które pozwoliły Ci wytrwać, byłyby to…

Po pierwsze uświadomienie sobie, że moja „dieta” nie skończy się za miesiąc, dwa czy pół roku. Chcę, aby ten sposób żywienia towarzyszył mi już na zawsze. Spadek wagi był moim zdaniem naturalną reakcją organizmu na totalne przestawienie swojego życia. Waga spadała powoli, ale trwale. Po 345 dniach osiągnęłam swój wymarzony pułap 65 kg. Jednak nie rzuciłam się nagle na jedzenie, tylko dlatego, że już nie musiałam być na diecie! Żyłam sobie nadal w swojej harmonii, nadal uprawiałam sport i jadłam zdrowo, a organizm postanowił sprawić mi niespodziankę i pozbyć się jeszcze 2 kg, bez żadnego dodatkowego wysiłku. Dlatego uznałam, że moją optymalną wagą będzie 63 kg i taką utrzymuję już ponad 7 miesięcy.

Po drugie było to wsparcie najbliższych. To, że nie musiałam gotować dwóch obiadów (Daniel jadł to samo co ja, tylko większe porcje), jego wyrozumiałość w zmiennych nastrojach na początku odchudzania, słowa pocieszenia, gdy waga płatała figle, mimo trzymania się zasad zdrowego żywienia. Wsparcie ze strony rodziców, którzy nie namawiali na słodycze, nie kusili czekoladą i cieszyli się z każdego zrzuconego kilograma.

Po trzecie czerpanie radości z bycia „innym”, bo czytam etykiety na produktach, bo do pracy jeżdżę rowerem, a 2 razy w tygodniu chodzę zajęcia Pilates, zamiast siedzieć przed TV (którego nota bene nie posiadamy). Podoba mi się, gdy ludzie z niedowierzaniem patrzą jak wyciągam z torby pudełka hermetyczne z przygotowanym w domu jedzeniem i zasiadam do II śniadania.

Na pewno podczas diety miałaś słabsze dni. Twój sposób na kryzys?

Słabsze dni pojawiły się kilka razy, przeważnie spowodowane były wzrostem wagi lub jej zatrzymaniem się na pewnym poziomie, mimo trzymania się zasad (ruch + zdrowe jedzenie). Wtedy było mi ciężko, zastanawiałam się co robię źle, gdzie popełniam błędy. Po pewnym czasie zrozumiałam, że pewnych rzeczy nie jestem w stanie „przeskoczyć”. Hormony, cykl miesiączkowy – to wszystko ma wpływ zarówno na wagę jak i nasze postrzeganie własnej osoby. Mimo tego, że było mi źle, nie rzucałam się na jedzenie z myślą „i tak przytyłam…” Wręcz przeciwnie, przychodziły mi pomysły, aby zrobić głodówkę czy oczyszczanie np. dzień na samej owsiance lub sokach warzywnych. Na szczęście tak jak szybko takie myśli się pojawiały, tak szybko znikały. Przyznam jednak, że 2 razy próbowałam przez cały dzień jeść tylko owsiankę i mimo, że waga następnego dnia była niższa (co chyba jest oczywiste), moje samopoczucie też było niższe, przez co nigdy więcej takich „owsiankowych” dni nie robiłam. Sposobem na kryzys okazywało się być oczyszczenie psychiczne, wypłakanie się w poduszkę, wyżalenie się w pamiętniku, a także powrót do pierwszych dni diety, do „starych” zdjęć z początku mojej drogi, przymierzenie dopasowanych jeszcze niedawno spodni, które teraz wkładałam bez rozpinania zamka. Takie małe rzeczy sprawiały, że na nowo nabierałam sił do walki.

A jak radziłaś sobie z imprezami rodzinnymi, wyjściami na miasto i innymi sytuacjami, w których czasem nie da się odmówić? Asertywność?

Pierwsze większe spotkanie rodzinne spędziliśmy na łonie natury, odwiedziliśmy rodzinkę, ale na krótko, a potem wybyliśmy w góry, korzystać z wolnego dnia. Wiem, że była to swojego rodzaju ucieczka od tych wszystkich tradycyjnych potraw, ciast i siedzenia za stołem. Potem zdecydowałam, że trzeba być asertywnym. Niestety w wielu rodzinach jest to odebrane jako zniewaga, gdy odmawia się kolejnej porcji majonezowej sałatki. Doszłam jednak do wniosku, że przecież nikt za mnie nie schudnie, a więc nie jem. Odmawiam tyle razy, aż zrozumieją. Z chęcią sięgnę za to po owoce czy warzywa na parze. Staram się zawsze mieć jakąś lekką potrawę na talerzu, aby gospodarze nie odnosili wrażenia, że nic nie zjadłam.

Powinnam też zapytać jak radzisz sobie teraz, kiedy już nie musisz tak bardzo uważać. Pozwalasz sobie czasem nieco pofolgować?

Pofolgować w znaczeniu rzucić się na tort, sałatkę, kanapki o 22.00, czy barszczyk z krokietem – to wykluczone, ale czasami pozwalam sobie na więcej. Do mojego menu włączyłam herbatniki (najlepiej pełnoziarniste) oraz biszkopty. Czasami kupuję też jakieś ciasteczka owsiane, które w swoim składzie naprawdę mają owies i nie są naszpikowane barwnikami i wzmacniaczami smaku. Dość często piekę swoje ciasta, na bazie owoców, gorzkiej czekolady (min. 70% kakao), mąki pełnoziarnistej oraz chudego twarogu. Ostatnio zrobiłam własne masło orzechowe, które jadłam z waflami ryżowymi i bananem. Nie ma opcji wrócenia do jedzenia słodyczy ze sklepu typu batony, ciastka na wagę czy czekolady mleczne. Od stycznia 2011 roku nie jem także żadnych chipsów, chrupek (oprócz kukurydzianych w składzie których jest tylko grys kukurydziany), paluszków czy krakersów. I to nawet nie jest kwestia tego, że boję się przytyć. Zdecydowanie bardziej boję się zaśmiecić na nowo swój organizm produktami, które nie wnoszą żadnych witamin, mikroelementów, są tylko skondensowanym tłuszczem i cukrem.

Na czym oparłaś swoją dietę? Bo przecież wymyśliłaś ją sama. Zdaje się, że nie liczyłaś przy tym kalorii, nie byłaś też na żadnej znanej z nazwy diecie… A więc schudłaś z dietą Karoliny. Na czym ona polega?

Mówiłam na tą dietę MŻ + RD, czyli mniej jeść i więcej się ruszać, dodatkowo jedzenie ma być zdrowe, a ruch dobrany do naszych upodobań. Pozostałam przy diecie wegetariańskiej, opartej głównie na warzywach, owocach i nabiale, a nie na mące i tłuszczach. Wybieram produkty jak najmniej przetworzone, a jeśli kupuję np. płatki kukurydziane, to wolę zapłacić złotówkę więcej, ale wziąć te bez dodatku cukru i z obniżoną zawartością soli (czytam etykiety, mam swoje sprawdzone produkty i wychodzę z założenia, że im mniej składników w składzie tym lepiej). To także konsekwencja całkowitej rezygnacji z batoników, cukierków, ptasiego mleczka oraz chipsów i innych słonych przekąsek na rzecz własnych ciast, ciasteczek czy niesolonych orzechów, pestek dyni lub słonecznika. Prawie nie używam zwykłej mąki pszennej, za to często goszczą u nas pełnoziarniste makarony, brązowy lub dziki ryż, pieczywo graham. Jem 4-5 posiłków dziennie i nie podjadam pomiędzy, bo po prostu nie jestem głodna. Dzień zawsze zaczynam od śniadania! Wybieram też pieczenie zamiast smażenia, choć przy dobrej jakościowo patelni, w jaką się zaopatrzyłam, stało się możliwe smażenie na minimalnej ilości tłuszczu. Dzięki temu w naszej kuchni często goszczą kotlety warzywne, z kaszy jaglanej czy z soi. I przede wszystkim postawiłam na ruch! Zapisałam się na zajęcia z instruktorką. Wykupienie karnetu powoduje u mnie większą motywację do ćwiczeń. Do pracy jeżdżę rowerem (7 km w jedną stronę), w domu ćwiczę prawie codziennie, co najmniej 10-15 minut, a kilka razy w miesiącu robię sobie godzinne sesje. Przydatne są tu filmiki, które można znaleźć na YouTube, takie jak ćwiczenia z Mel B, Jillian Michaels, czy 8 minutowe ćwiczenia na poszczególne partie ciała. Latem korzystam z pobliskich jezior i choć pływać nie potrafię, to zakupiłam sobie specjalną piankę zwaną „makaronem” i w nosie mam zdziwione spojrzenia ludzi, gdy widzą jak trzymając się pianki, wyruszam na środek jeziorka. Trudno, może wyglądam komicznie, ale stanowczo wolę próbować pływać, niż leżeć plackiem na plaży.

Osoby przechodząc na zdrowy tryb życia często popadają w skrajności. Teraz jesteś wegetarianką. Widziałam, że zamieniasz mąkę białą na pełnoziarnistą, wybierasz też zdrowsze produkty. Gdzie jest granica? Czy jest taki wzór odżywiania, idealny model, do którego dążysz?

Przesadne dbanie o jakość jedzenia zwane jest ortoreksją. Zaczyna się zupełnie niewinnie, a może zakończyć się poważnymi zaburzeniami, zarówno odżywiania jak i kontaktów społecznych. W pewnym momencie swojej drogi doszłam do niebezpiecznego etapu, kiedy to postanowiłam upiec drożdżowe jagodzianki na śniadanie, ale nie wyobrażałam sobie, że mam użyć zwykłej mąki pszennej, posłodzić jagody czy dodać cukier do ciasta. Zrobiłam je z ciężkiej mąki żytniej razowej, aby było zdrowo. Do tego jagody oczywiście bez cukru, a ciasto na samej wodzie bez mleka, aby nie było tłuste. Wyszły mi ohydne gliniaste „bułki”, których nie dało się zjeść, mimo, że były zdrowe. Pamiętam, że zjadłam je sama, po czym odchorowałam to dwoma dniami bólu żołądka. Przemyślałam sprawę. Jednak w każdej dziedzinie życia ważny jest złoty środek, coś co nie pozwoli nam się pogrążyć, ale wyważy dokładnie to, czego potrzebujemy. Teraz, gdy mam ochotę na jagodzianki, robię je wg tradycyjnego przepisu dodając do jagód nierafinowany cukier trzcinowy lub stevię, a mąkę pszenną typ 650 mieszam z 2000. Nie polewam ich też lukrem. Dzięki tym zmianom są o wiele zdrowsze niż te ze sklepu, a przede wszystkim bardzo smaczne! Mogę powiedzieć, że model do którego dążę to harmonia i umiejętność znalezienia własnego złotego środka, aby żyć zdrowo sprawiając sobie małe przyjemności.

Jestem zwolenniczką teorii, że to nie odziedziczone geny przyczyniają się do otyłości, a nawyki żywieniowe, które wynosimy z domu. Często nie zdajemy sobie sprawy, że to co jemy, wcale nie jest dietetyczne, mimo że mama tak nam powtarzała. Ostatnio trafiłam na przepis zapiekanki składającej się z parówek, fasolki szparagowej i żółtego sera. Zdrowe to raczej nie jest, chociażby ze względu na obecność pseudo mięsnego produktu jakim są parówki. O tym przecież ciągle się pisze! Jednak dziewczyna podająca przepis była przekonana, że jest on jak najbardziej dietetyczny. Z czego to może wynikać? Brak świadomości?

Jako pedagog podejrzewam, że takie przekonania wynosimy z domu. To od rodziców uczymy się nawyków żywieniowych, tak samo jak sposobów spędzania wolnego czasu. Pracę licencjacką pisałam na temat sposobów promowania zdrowego stylu życia wśród uczniów szkół podstawowych. Wyniki moich badań były przerażające. Dzieci za najzdrowsze potrawy uważają m. in. zupki chińskie, pizzę lub spaghetti! Tylko jedna osoba (na 100 badanych) odpowiedziała, że na II śniadanie rodzice dają jej do szkoły owoce i kanapki z warzywami! Reszta zajada się rogalikami z czekoladą, pączkami lub białą bułką z pasztetem, a popija to słodzonym sokiem lub colą. Tak też jedzą ich rodzice – szybko, tłusto i dużo. Nie mamy czasu na stanie przy garnkach i wymyślanie nowych potraw. Łatwiej jest wrzucić makaron do wody, podgrzać sos ze słoika i zaserwować naszej pociesze spaghetti posypane żółtym serem. Gdy dopytywałam dzieci o pizzę jaką jedzą, odpowiedź zawsze była taka sama: „z pizzerii”. Nie ma czasu na zrobienie własnego pełnoziarnistego ciasta, ułożenie własnych dodatków. Na dodatek, żeby było szybciej, zamawiamy gotowca, polewamy majonezowym sosem i życzymy sobie smacznego. Masz rację, dużo się o tym mówi, ale mam wrażenie, że ludzie nie słuchają, nie czytają, niby wiedzą, ale nie potrafią wdrożyć tego we własne życie. W większości wypadków jest to lenistwo, a nie głupota. Mimo wszystko jednak robią sobie i swojej rodzinie krzywdę. Karmią tłuszczowo-cukrową bombę z opóźnionym zapłonem, a gdy przychodzi choroba w postaci problemów z sercem, czy nadciśnieniem, wszyscy są zdziwieni „dlaczego?”. Bułkę pszenną przekładają plasterkiem sałaty (oprócz tego margaryna, plaster mielonki i ketchup) i uważają, że przecież „jest sałata – jest zdrowie”. Przykre, ale prawdziwe. Pracując w szkole widzę co dzieci jedzą, co kupują w sklepiku (to także jest temat rzeka, bo wybór zdrowych produktów jest jak na lekarstwo) i niestety są utwierdzane przez rodziców, że dobrze się odżywiają, bo wypiły na śniadanie kubek mleka z granulowanym kakao. Myślę, że to uspokajanie własnego sumienia, nie ma nic wspólnego z racjonalnym podejściem do życia.

Prowadzisz kulinarnego bloga. Moje ZdroweMotywacje to dla mnie wsparcie i jak sama nazwa wskazuje – motywacja. A czym jest dla Ciebie QuchniaWege? Oprócz tego, że osobistą książką kucharską, co zresztą bardzo przypadło mi do gustu :)

Blog funkcjonuje od maja tego roku, ale już wcześniej zamieszczałam swoje przepisy w pamiętniku internetowym. Cieszę się każdą osobą, która zainspiruje się moim przepisem i ugotuje daną potrawę. To miłe móc pomagać ludziom, którzy nie mają pomysłu, co zrobić na obiad lub mają ochotę na coś słodkiego, a boją się żeby nie zafundować sobie miliona kalorii w postaci tłuszczu i cukru. Chcę pokazać, że aby zdrowo jeść nie trzeba wcale wydawać fortuny w sklepach z eko-żywnością, spędzać pół dnia w kuchni, czy rezygnować z naszych tradycyjnych potraw. Nie gotuję pod publikę.  Gotuję dla siebie i dla Daniela, czasami dla znajomych, dlatego produkty, których używam są dostępne w każdym sklepie. Staram się korzystać z sezonowych warzyw i owoców. Daję wskazówki dotyczące gotowych produktów jak np. kukurydzy w puszcze (oczywiście nie dosładzanej cukrem) czy nabiału bez dodatku żelatyny. To także swego rodzaju strona motywująca do zmian, a mnie utwierdzająca w tym, że zrobiłam kawał dobrej roboty.

Na koniec może jakaś rada dla odchudzających się?

Chciałabym podzielić te rady dla 3 kategorii wiekowych. Po pierwsze dziewczęta młode, nastolatki – nie wstydźcie się odchudzać, nie wstydźcie się odmówić chipsów czy piwka ze znajomymi, ponieważ to tylko świadczy o tym, że jesteście na tyle dojrzałe, aby podjąć decyzję o dbaniu o własne zdrowie. Jednocześnie jednak nie obwieszczajcie wiadomości o odchudzaniu całej rodzinie i szkole, nie biegajcie z wagą i nie odmierzajcie sobie porcji, bo rodzice mogą tego na dłuższą metę nie wytrzymać. Porozmawiajcie z mamą o tym, że chcecie dbać o siebie, zdrowo jeść i więcej się ruszać. Niech Wam w tym pomoże, abyście nie wpadły w sidła bulimii czy anoreksji.

Po drugie kobiety młode i coraz bardziej odpowiedzialne za własne rodziny (wiek 20 – 40 lat) – porozmawiajcie ze swoimi połówkami o tym, że chcecie zmienić swoje życie, przewartościować je i wprowadzić kilka istotnych zmian. Musicie wiedzieć, czy możecie pozwolić sobie na zapisanie się na wieczorny aerobik, ponieważ z kimś trzeba zostawić dziecko, a w tym może pomóc partner. Jeśli usłyszycie od niego słowa, ze kocha was takie jakie jesteście, kocha te pełne kształty i okrągłą pupę, pamiętajcie, że to także Wy same musicie siebie kochać, a to jest możliwe wówczas, gdy dbacie o siebie!

I po trzecie kobiety młode, aczkolwiek dojrzałe tzw. 50+, pamiętajcie, nigdy nie jest za późno na zmiany, na naukę i na przewartościowanie swoich poglądów. Niech Wam się nie wydaje, że jesteście za stare na ćwiczenia gimnastyczne, że to wstyd wyjść z kijkami, że nie dacie rady! Chodzę na aerobik od 1,5 roku i widzę jak wiele dojrzałych kobiet uczestniczy w takich zajęciach. To wspaniałe, że dbają o siebie, a pieniążki, które miałyby wydać na leki przeciwbólowe inwestują w ćwiczenia, masaż czy basen. Zmieńcie swoje przyzwyczajenia – niech niedziela nie kojarzy się tylko z tłustym rosołem i schabowym z ziemniakami. Eksperymentujcie w kuchni, róbcie sałatki i świeże surówki, spróbujcie ciast na bazie cukinii czy marchewki, a zamiast kremowego ciastka do popołudniowej kawy, wybierzcie domowe, owsiane ciasteczko, a nawet dwa.

Dziękuję! :)

Jeśli podoba wam się Karolina i jej podejście do tematu żywienia, to polecam jej kulinarnego bloga QuchniaWege. Znajdziecie tam sporo inspirujących pomysłów na „uzdrowione” i odchudzone potrawy oraz inne ciekawostki. Możecie również polubić jej FunPage`a QuchniaWege na Facebooku, dzięki czemu na bieżąco będziecie mogli otrzymywać od niej motywujące informacje :)

Na koniec dla porównania załączam jeszcze kilka zdjęć Karoliny. I co Wy na to? :)

25 thoughts on “Motywujący wywiad z Karoliną

  1. Karolina jest już od dawna moją motywacją i serdeczną koleżanką:-) przede mną długa droga, ale dzięki takim osobom jak Karolina wiem, że i ja mogę i chcę dać radę zmienić na dobre swoje życie.

  2. piekna i prawdziwa historia-dziekuje za mozliwosc jej przeczytania-az lezka zakrecila mi sie przy czytaniu o motywacjach….dziekuje za dobre rady, bede odwiedzac wasze blogi z pewnoscia;)))pozdrawiam serdecznie violkalive.

    1. Cieszę się, że strona się podoba. Sama szukam inspiracji i wsparcia. Mam nadzieję, że wspólnie uda nam się stworzyć stronę, na którą będziemy zaglądać w poszukiwaniu siły, gdy ta będzie na wyczerpaniu… :)

  3. Na Karolinę „wpadłam” niedawno w sieci :-) Również dla mnie jest inspiracją i niesamowitą motywacją ! Jej metamorfoza jest powalająca. Mam nadzieję, że dzięki Karoli i mnie się uda :-) Wierzę w to !

  4. woooow :) zmiana ogromna :) oczywiście korzystna :) wegetarianizm niekoniecznie ale z wielu propozycji – dań, chętnie sama skorzystam, a przy okazji też i mąż :) lubi moją kuchnię :) a dla mnie najlepsze są pomysły na zmotywowanie się :)

    1. Mam nadzieję, że pomysłów mi nie zabraknie i co jakiś czas będą pojawiać się nowe. Liczę również na Wasze wsparcie :) Pozdrawiam!

  5. Karolinkę poznałam już wcześniej i bardzo serdecznie jej kibicowałam :) Cieszę się, że są jeszcze ludzie, którym się udaje! Karola jest świetną motywacją. Tylko brać przykład…

  6. Karolinę i jej metamorfozę „śledzę” od ponad roku – to Ona stała się moją motywacją do zmiany nawyków żywieniowych. Do tego dołożyłam jeszcze porcję ruchu w postaci biegów. Konsekwencją tego wszystkiego jest utrata 15 kg nadwagi. Chcę się pozbyć jeszcze 5 kg i utrzymać taka wagę :) Dzięki Koralince wiem, że to jest możliwe !!! Świetny wywiad – Dziękuję.

  7. Karolina od dawna- nawet pewnie o tym nie wie – jest dla mnie sporą motywacją. Natknęłam się na nią jakiś czas temu na vitali i od razu powędrowała do zakładki ULUBIONY. Gratuluje, świetny wywiad !

  8. :D My wiemy, że można i wiele bym dała żeby inni uwierzyli… stąd moja praca i otwarty pamiętnik (na chwilę! tak sądzę). Będąc w Karwi, spacerując z J w pewnym momencie popatrzyłam przytomnie na ludzi i…. 80% to osoby z nadwagą bądź otyłością, siedzący w knajpkach, jedzący, pijący i w sumie zadowoleni bo wyluzowani, ale…. Tryb życia, nawyki, auto zamiast ruchu, śmieciowe jedzenie nas zabija. A jeszcze 1,5 roku temu sama taka byłam :) Pozdrawiam Karolinko :***

  9. Świetny wywiad Karolciu:)))Trzymaj się swoich zasad i bądź tak cudną inspiracją już zawsze:))

  10. Na prawdę , podziwiam, i dziękuję za ten wywiad.
    Teraz będzie również moją motywacją!!:)
    Poza tym, Karolino gratuluję!!!!:)

  11. Trafiłam na pamietnik Karoliny na vitali. Siwetna mądra, inteligenta i ciekawa dziewczyna. Jestem od niej ponad 10 lat starsza, ale kazdego dnia zaglądam co nowego napisała. Schudnąć moż eprawie każdy, ale nie kazdy potrafi tak zachęcic i zmotywowac jak ona to czyni. Z reguły nie piekę ciast,zeby nie jesc zbednych kalorii, ale Karolina pokazała wile swietnych lekkich ciast min. moja ulubiona stefakę. Dziękuje Karolino.

  12. Karolinę znam z jej bloga,od którego jestem absolutnie uzależniona. Nie wyobrażam sobie dnia bez sprawdzenia, czy coś nowego się u niej nie pojawiło. Jest dla mnie inspiracją, dowodem, że jak się chce, to wszystko można.

  13. Karolina to moja bohaterka :D:D:D uwielbiam ją, jej bloga, konto na V. Podziwiam siłę i samozaparcie. Warto o siebie walczyć.

  14. Karolina jest dla mnie inspiracją od samego początku. Silna wola doszła do celu i przekazuje energie tym którzy tez chcą się odchudzić, ale nie stosować te diety, w których produkty są nieziemsko drogie i trudne do dostania, tylko ożywania tego co mamy w zasięgu ręki:)

  15. Dobrze się czytało, choć historia już znana z sieci :) A łososiowa sukienka przepiękna, albo i posiadaczka nadaje jej takiego uroku :)

    1. Znana, tym którzy poznali Karolinę już wcześniej. Wielu moich znajomych i zaglądających na bloga, czytało tą historię po raz pierwszy. Poza tym Karolina odpowiada tu na pytania, na które nie znalazłam wcześniej odpowiedzi, mimo że śledziłam jej poczynania. Pozdrawiam!

  16. Gratuluje !! :) Ja walczyłam ze swoją waga prawie rok. ale efekt = 22kg w dól.

    U mnie to wyglądało podobnie jak u Ciebie, ale 1) jadłam 5 małych posiłków, 2) zainwestowałam w parowar 3) miałam duże problemy z odmawianiem sobie przekąsek i napojów gazowanych, ale dzięki mojemu wspaniałemu facetowi dałam radę (sam przez pół roku nie pił nic gazowanego zęby mnie nie kusiło) a co najważniejsze totalnie wyrzuciłam z diety słodycze (czekoladę, ciasta itd) zastąpiłam to owocami i deserami na owocach. np. sorbet z Grycana ze świeżymi owocami – to idealne rozwiązanie bo ma tylko oko 80kcal na porcje:) a jak się dorzuci świeże owoce to jeszcze dodajemy zbawienny błonnik :D

  17. Gratuluję! Nie znam się na tyle, ale tyle kilogramów zrzucić w tak krótkim stosunkowo czasie to jest zdrowe, w sensie nie ze szkodą dla organizmu? Pozdrawiam :)

  18. Dla mnie Karolina jest prawdziwą motywacją !!! Oby więcej takich osób !!! Dużej nadwagi nie mam, ale i tak ciężko mi się zmotywować do zrzucenia kilku zbędnych kg… ale po przeczytaniu całości zaczynam próbę.

Comments are closed.