O tym jak wytrwałam na diecie podczas urlopu, czyli rachunek sumienia

Nie jest łatwo opierać się pokusom żywiąc się poza domem. Tak jak obiecałam – rozliczam się z moich małych grzeszków urlopowych. Na szczęście tylko małych- uff! :)

Przypominam, że wystawiłam na ciężką próbę moją silną wolę udając się na mały urlop do Szwecji. Najważniejszym założeniem związanym z dietą, jakie poczyniłam przed wyjazdem, było jedzenie z umiarem. Może niezbyt ambitne, jednak bardziej realne niż jedzenie zgodnie z menu dietetycznym, do którego tam dostępu nie miałam. I na tym etapie osiągnęłam sukces. Najważniejsze – udało mi się zapanować nad chęcią skosztowania wszystkiego co znalazło się na stole.  A właściwie stołach… Na promie, w hotelu, w restauracji… Powoli uczę się, że szwedzki stół nie znaczy, że trzeba zjeść wszystko. Jadłam tylko tyle ile potrzebuje organizm, a nie tyle ile oczy by chciały.

Tych kilka dni było dla mnie ciągłą walką między sercem a rozumem. Albo raczej łakomstwem i rozumem… Tak czy inaczej w ostatecznym rozrachunku rozum zwyciężył! :) Po powrocie waga pokazała nieznaczny wzrost, ale o to się zupełnie nie martwię, bo wiem, że zaraz grzecznie wróci do normy. Na szczęście ruchu miałam pod dostatkiem, więc tak naprawdę nic złego się nie stało.

Jak sobie radziłam?

Zjadałam porządne śniadanie na start, bo bez tego u mnie ani rusz. Nie mogłam co prawda pozwolić sobie na moje ulubione poranne  koktajle owocowo-warzywne, ale udało się nadrobić inną zieleniną. Na szczęście właściciele hotelu karmili dobrze – naturalnie i zdrowo. Zawsze miałam pod ręką świeże warzywa i owoce, sery, jajka wiejskie, przepyszny domowy chleb, pieczony na miejscu, a także inne domowe przetwory. Do tego herbatka i jakoś do południa udawało się przetrwać.

Dużo jeździliśmy rowerami – łącznie ponad 150 km w ciągu trzech dni. Trzeba więc było odpowiednio przygotowywać się do takich wypraw. W plecaku zawsze miałam wodę i świeże owoce. To naprawdę doskonała słodka przekąska, która potrafi podładować akumulatory. Co prawda zdarzyła się gdzieś na trasie kawa i małe co nieco, ale był to raczej wybryk, niż stały punkt programu, więc nie ma o czym mówić.

Obiady jedliśmy na mieście, akurat tam gdzie nas nogi/koła poniosły. Okazało się, że z ten posiłek sprawiał najmniej problemu – wybierałam sałatki, bo te na szczęście znajdują się w menu większości restauracji, podczas gdy Rafał skłaniał się ku mięsnym konkretom. Wzrok mój oczywiście zawsze podążał za jego talerzem, musiałam więc za każdym razem sprawdzać co tracę… :)

I w gruncie rzeczy zawsze kończyło się na tym, że uznawałam mój wybór za lepszy pod każdym względem.

  • po pierwsze to co znajdowało się na moim talerzu smakowało mi bardziej niż kawał mięcha z frytkami, mimo że ochotę miałam zawsze na to, co znajdowało się na sąsiednim talerzu… (czy to kiedyś minie? :/)
  • czułam się świetnie, bo byłam najedzona, ale nie przejedzona
  • miałam siły na dalsze rowerowe wycieczki, zamiast okropnego uczucia ciężkości
  • przepełniała mnie duma, że świadomie umiem sięgać po „lepsze”
  • no i czyste sumienie – bezcenne!

Ja już chyba nie umiem jeść bez warzyw :)

Tradycyjnie im bliżej było do wyjazdu, tym większe rozluźnienie, również dietetyczne, się pojawiało… Na szczęście przyszło dość późno i nie zdążyło wyrządzić zbyt wielu szkód. Tuż przed wyjazdem pozwoliłam sobie na 3 gałkową porcję lodów i to tylko dlatego, że były to lody home-made, zrobione przez właścicieli. Oczywiście warte były grzechu :)

Przy okazji wspomniane lody pozwoliły nam w końcu podjąć decyzję odnośnie nagrody za punkty w programie Playback. Zdecydowanie bierzemy maszynę do lodów! Chociaż czy nie jest to zbyt lekkomyślne z naszej strony, takie wystawianie się na pokuszenie…? :)

A oto sprawca całego zamieszania:

Najważniejsze, że przywiozłam z podróży miłe wspomnienia i tylko niewielki nadbagaż w postaci zbędnych kilogramów :)

Pozdrawiam!

One thought on “O tym jak wytrwałam na diecie podczas urlopu, czyli rachunek sumienia

  1. Świetne podejście, bo i tak bierzemy duży bagaż na wakacje, wiec po co wracać z jeszcze większym…. Ważniejsze są wspomnienia ;) Gratuluję ;)

Comments are closed.